Łączna liczba wyświetleń

środa, 28 stycznia 2015

Nie wytrzymałam

Miałam najpierw dokończyć, kupić uchwyty w Ikea i pokazać już całość, ale... nie wytrzymałam. O czym mowa? Odważyłam się i po napatrzeniu się na blogi tudzież po zasięgnięciu fachowych porad u kilku osób znających się na rzeczy, czyli rzeczoznawców ;-) postanowiłam podjąć wyzwanie i... przemalowałam szafki kuchenne. Mój regał ma 10 lat. Nie jest wcale zniszczony w zasadzie, ale kolory już nie te, a i gusta tym bardziej. Postanowiłam nie malować całości, bo zniknąłby moim zdaniem w jasnej i niewielkiej kuchni. Dlatego boki zostały w kolorze olchy, blat również. Podobnie stolik kuchenny - blatu nie tykałam. Ale nogi i owszem. Ale żeby nie gadać za dużo, to już wstawiam zdjęcia. Niestety, bez uchwytów, bo do Ikea nie mogłam jechać. Jak wiadomo - mężczyźni nie chorują, lecz walczą o życie i tak było też w przypadku mojego męża. Miałam już wzywać księdza, ale jakoś wystarczył lekarz rodzinny. :-) Niestety, w tym tygodniu ferii dostałam dodatkową pracę i póki co z wyjazdu do stolicy nici. No ale do rzeczy. Po zamontowaniu uchwytów wstawię kilka zdjęć. Będą na pewno małe i czarne. Uchwyty - rzecz jasna, a nie zdjęcia, choć znając moje zdolności fotograficzne, to kto wie :-)
Kuchnia wyglądała tak mniej więcej:



Teraz jest tak:


Tylko te uchwyty... Ale ogólnie, mam wrażenie, wyszło nieźle. Poszłam po najmniejszej linii oporu i malowałam farbą do drewna i metalu, popularną olejną, ale matową. Ponieważ fronty były jasne, wystarczyło 2 razy je potraktować wałeczkiem z miękkiego aksamitu. Niepotrzebne otwory oraz widoczne ubytki uzupełniłam szpachlą do drewna. Oczywiście przed całą akcją.
 Zapewne też co lepszy obserwator zauważył, że po czerwieniach do łask wróciły delikatne róże.
Poza tym zakwitło mi takie cudo w doniczce, które zakwitnie jeszcze raz, ponieważ cebulka ma 2 kwiaty :-)



Nie ma to jak żywe roślinki, które w dodatku kwitną i cieszą oko :-)















Jakby na przekór tym wiosennym kolorom mamy teraz zimę i to nie byle jaką! Moja córka ma nawet 2 bałwany na koncie :-)
Pewnie zarzuciłabym Was zdjęciami, gdyby nie to, że padła mi bateria w aparacie.






I jeszcze takie dzieło z podróży.
Jak światełko w tunelu. Zaraz mi się przypomniał Osioł: Shrek, tylko nie idź w stronę światła :-)
Co ciekawe - na przestrzeni 150 km pogoda potrafi się tak zmienić, że aż wydaje się to niemożliwe. Obserwuję ten fenomen za każdym razem jadąc w stronę Torunia. W połowie drogi, a więc gdzieś w okolicy Rypina jest już koniec zimy, jakby nożem uciął. W drugą stronę na wysokości Myszyńca zima robi się za to podwójnie zimowa. I tak o każdej porze roku. U nas jest taka strefa przejściowa :-)
I na koniec - tradycyjnie - żarcie :-) Ale nie byle jakie.
Wyprodukowałam dziś 50 drożdżowych bułeczek z makiem. Przepis mam od lat - odziedziczony po babci i mamie. I nie rozumiem, kiedy ktoś mówi, że drożdżowe się nie udaje. Mnie udaje się zawsze.
Drożdżowe:
5 żółtek ubijam z 5 łyżkami cukru i sporą szczyptą soli oraz wanilią. Do tego 1 kg mąki, 10 dkg drożdży, które oczywiście wcześniej wrzucam do garnuszka z ciepłym mlekiem i cukrem, żeby popracowały. Do tego wlewam ok. pół litra mleka lekko podgrzanego. Leję na oko w zależności od tego, czy chcę robić bułki, pączki czy ciasto. na koniec wlewam pół rozpuszczonej margaryny. A potem to już mój robot ubija całość. Mam takie ustawienie pulsacyjne i jest ono idealne, bo imituje uderzanie ręką w ciasto. Po pól godz. w ciepłym miejscu można działać dalej. Ja zawinęłam z masa makową jak makowce i pokroiłam na kromki. Świetnie wychodzi z budyniem lub innym nadzieniem, a bułeczki są zgrabne, mimo że czasem nie kroją się zbyt idealnie. Masę makową zrobiłam sama, ale można kupić gotową. Polecam zmielony mak Back Mit -  ułatwia sprawę.
A teraz juz foty:
W słoiku jest miód, który znalazł się w maku.

Masa na placku

Krojenie nie jest proste, ale bez znaczenia. I tak temperatura robi swoje.

Gotowe i apetyczne

Niech Was ta jedynaczka nie zwiedzie. Zjadłam 4 :-)

Pozostali konsumenci natomiast z 50 bułek zostawili coś koło 30 :-) Uwielbiam mak. Część bułeczek zamroziłam. Fajnie się potem je odgrzewa w mikrofalówce. Są jak świeżo wyjęte z pieca. Podobnie zresztą jak pączki.
A tu moja kolacja dzień wcześniej. Jestem łakomczuchem. Matka karmiąca jada kaszki itp. Wiadomo. Natomiast narobiła mi takiego apetytu, że nagotowałam sobie garnek kaszki manny i dodałam owoce. Fajny pomysł dla dzieci, które stronią od takich kaszek, ale kolory i smaki powalające. Najlepsze, że praktycznie wcale nie słodziłam, bo owoce dały tyle fruktozy, że nawet ja byłam usatysfakcjonowana.
Zjadłam 2 takie porcje z przyjemnością :-)

Zwykła kaszka manna.
I to póki co wszystko.
Pozdrawiam serdecznie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz